| 11.01.2007 :: 12:38 | Link Patrzę na zdjęcia. Co to w ogóle ma być, można zapytać. Co mnie obchodzi że gdzieś patrzysz, a po drugie to zdanie jest głupie. Ale ja nadal patrzę na zdjęcia i zastanawiam się co dalej. Musze napisać parę zdań, właściwe nie musze, chcę. W innym przypadku ktoś przejmie zdjęcia, zamieni w coś innego. Po prostu chce mieć kontrole. Ręka, stopa w skarpecie, purpurowa sukienka. Tekst nie za długi, być może krótki. Właściwie nie wiem o czym, bo zdjęcia robi się po to aby nie używać słów. Coś całkowicie oddzielnego, niezwiązanego z fotami. Cokolwiek połączysz, ludzie zawsze znajda sposób aby to zmontować. Znaleźć most. Na razie uciekam od mostu. Potrzebuje szczeliny, przepaści. Komentuj (1) 13.01.2007 :: 13:42 | Link ![]() Komentuj (0) 20.01.2007 :: 22:19 | Link Skóra odchodzi małymi płatami. Właściwie łuszczy się, zamienia w łupież. Jeszcze kilka dni i ślad popersowego upojenia zostanie zatarty. Szkoda. Lubię te czerwone, owalne popatrzenia otaczające dziurki w nosie. Tak, wołają do innych takich jak ja, pieprzyłem się jak zwierze, zamieniłem w chuja i doszedłem tępym pulsującym bólem. Minusem jest to że wszystkie ochronne bariery spaliłem w pierwszym pospiesznym hauście. Teraz każda, nawet najmniejsza bakteria czy inny pieprzony wirus wchodzą w mój organizm łatwo niczym szatan. Śmierdząca ropna ciecz, zalega w kanalikach łzowych, nos spuchnięty i czerwony, boli przy każdej próbie smarkania. Gorączka rozpala mnie jak nauczyciel z wąsem. Budzę się mokry i zziębnięty, jednoczenie podniecony i gotowy wytrysnąć. Śnią mi się trędowaci. Parzą i rozpadają się. Genom patrzy w oczy śmierci, próbuje po raz ostatni. Prowokuje spazmatyczne ruchy, tłoczy krew, wypuszcza endorfiny. W gorączce myślę o spermie, wielkich słonych jądrach i masywnych udach zgniatających mi głowę. Choroba jest tylko przedłużeniem działania popersa. Jestem tylko przedłużeniem tego stanu. Komentuj (1) 22.01.2007 :: 22:30 | Link Zatrzymujemy się na Jeben sztrase. W naszych polskich pedalskich umysłach ta nazwa od razu żarzy się lepkim przyjemnym światłem. Ile upokorzenia, złamanych marzeń i snów. Podśmiewujemy się wychodząc z samochodu, otulamy płaszczami, idziemy w stronę wejścia. Dworzec ZOO, marzenie nastolatków lat osiemdziesiątych. Mocno chujowe miejsce. Już po dwóch krokach zamieniam się w polska dziwkę, głodną i łatwą. Nie jestem zachwycony. Mija nas chudy pan w wełnianej czapce, jego spojrzenia przykleja się do moich pleców, będę miał plamy na kurtce. W środku kilkanaście osób czeka na swój pociąg. Przesterowany głos obwieszcza cos w chrapliwym niemieckim. Nic nie rozumiem, głos miesza się z szumem hali, gulganiem gołębi i naszej rozmowy. Krystian też źle się tu czuje. Podobnie jak ja zamienił się w polską kurwę i nie specjalnie podoba mu się to nowe wcielenie. Grubas patrzy na mnie podejrzliwie. Pewnie zabrałby mnie do swojego mieszkania w bloku, gdzieś tam w BerlinOst, do tej swojej meblościanki i szafy pełnej tureckich swetrów. Spodnie pachnące potem i kebabem, zielonkawa koszula z przetartymi mankietami. Czy go na mnie stać? Zastanawia się. Odchodzi w stronę pisuarów. Wychodzimy na zimny słoneczny dzień. Właśnie przestałem być dziwką. Komentuj (1) 31.01.2007 :: 19:40 | Link Pewną młodą tradycją tego bloga jest pisanie w pracy. Zazwyczaj siadałem do Worda tylko wtedy gdy ktoś zakłócał mi spokój, szczał do umywalki czy gwałcił hostelową lodówkę. Na szczęście od jakiegoś czasu nie pracuje w usługach, zamieniłem się w rasową biurwe i całymi dniami siorbie herbatę ze szklanki. I bardzo lubię ten stan. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Moja praca przybiera na sile, wypiera szklanki i pogaduszki o pazurach. Słodkie ploteczki uciekają w sina dal a błękitne niebo lenistwa zakrywają ciemne burzowe chmury funduszy europejskich / wniosków do ministra kultury. Z drugiej strony deszcz zawsze się przyda. Zmyje brud z drzew i kwiatów i jakoś tak zazieleni mi łąkę. Taki deszcz to i tak nic w porównaniu z wodospadem czyszczonego kibla czy brudna wodą wyciśniętą z mopa. Biurwa we mnie nie padnie, będę pilnował aby wypiła swoja dzienną porcje kawy i zadzwoniła do koleżanki. Oboje damy rade. Czasem jak mam zły humor (jestem na diecie wiec czekolada odpada) idę do H&M i patrzę na tą cała rozpierduchę. Szefa myślącego chujem (wielkim jak stado słoni, ale jednak chujem), jego zrytą kochanice i całą armie ludzi nabuzowanych frustracjami. Humor wraca jak po milce. To tak jak bym uciekł z więzienia albo rozstał się z naprawdę pojebana dziewczyną. Ulga, radość i mocna erekcja. Idę sobie potem na smaczna sałatkę, a jak mam szczęście to mi jeszcze jakiś miś laskę zrobi w kiblu bistro czy innej ceglarni. APEL: spierdalajcie z tej firmy. Srajcie na H&M, on sra na was od dawna! Komentuj (8) |
RSS |