02.01.2009 :: 00:25 | Link
wtorek
Wchodzimy do Dopalaczy, pustawa czarna przestrzeń, trochę szklanych półeczek z kartonikami. Dom boży legalnych narkotyków. Przedpiekle.
Nie mam dowodu, proszę b żeby mi coś kupiła. Wychodzimy pełni nadziei i chwały. Jak te chuje prowadzone na rzeź.
środa
niewinne śniadanie, rozmowy i herbata. cztery godziny pif, paf. buch pierwszy, potem jeszcze kilka chmur. pachną kadzidłem i mszą święta. Jezus Chrystus patrzy z krzyża na świętego Franciszka (w jakimś filmie o jego życiu; przeraża mnie te scena) a ja wciągam dym nasączonym katolickim dorastaniem. to bardzo mile wspomnienia. wszystko w jednej sekundzie. potem znów pokój Marcina i mocno rozgrzana lufka.
a pod szermierzem patrzymy na zjebów robiących zdjęcie w fontannie.
fioletowa bluza.Mono.przychodzi na czas.
całą czwórką (ja, b, Marcin i mono) idziemy do knajpy dla erpegowców i fandomu. ludzie meble czytają
świat dysku przy barze, pani za barem siedzi na sofie i gada z koleżankami. mam wrażenie że syczą oczami gdy zmuszamy ja do przyjęcia zamówienia. piwo, dwa krupniki, wiśniówka. pierwszy błąd. kilka krupników później (być może nawet - parę) znikam. budzę się przed 2 w nocy. w ubraniu pod kołdra, nie wiem gdzie - przez chwile. W domu.
pamięć wraca powoli, pamięć zewnętrzna - opowiadana przez świadków i rodzinę. smutne fakty zakodowane w zapachu kota.
wyszedłem bardzo pijany. wyszedłem bo bylem umówiony i nie chciałem zawieść. jechałem 6 (tramwaj), wiem bo wysłałem to w smesie którego pisania nie pamiętam.
w domu grzecznie się przywitałem z mężem (który był trochę rozbawiony bo pierwszy raz widział mnie w takim stanie - wiem bo opowiedział to koledze który powiedział mi - cały jestem opowiedziany) i poszedłem spać. wszytko tak kolo 19:00. wstałem wyrzygałem się i znów do łóżka. jest spora szansa że gdzieś po drodze (metaforycznie, nie dosłownie); obrzygałem kota.
01:30 w pustym domu na kacu zastanawiam się dlaczego tu jestem, nie mogę spać - przeszyty lękiem, takim jak z Lovecrafta, nie wysłowionym, prosto z gwiazd.
umówienie szlag trafił, przegapiłem kolejne karaoke.
(dziś rano znalazłem, chuja szkic mazakiem, na skrawku papieru - podpisane przez mono, z datą i bajerami - kiedyś odsprzedam to zachęcie za 100.000$ będą dawać 200,000$ ale ja popieram sztukę.
(ten znaczek $ strasznie kojarzy mi się z grami na commodore - montezuma czy boomberjack)
rano jem jajecznice, mam mdłości i ataki gorąca. albo kac albo menopauza. cały dzień na jakimś dziwnym wkurwie, pierdolone poczucie niedomknięcia - może to tylko sylwester.
albo
dół po światach.
a w tym dole ja i trumna świętego mikołaja. nie wydostaniemy się.
zostaje w domu, wiem to od roku, wiem od trzech lat. zawsze się sprawdza, zawsze zdobywam główną nagrodę - udaną noc.
co mnie do chuja podkusiło
Komentuj (1)

02.01.2009 :: 18:15 | Link
czwartek
szukając powodów mojej obecnej sytuacji, bez wątpienia wskazałbym palcem na Karlovitza. po pierwsze nie wyjechał do Wiednia - został w domu co otworzyło nam szanse na wspólną imprezę. po drugie kusił, mamił obietnicami narkotycznego raju assasynów i wreszcie - możliwością zespolenia całej trojki (bo w pudełeczku z Dopalaczy były 3 zielone kapsułki, i nas trzech jest trzech - mieliśmy je wsiorbać na ostatniej wspólnej imprezie AD2008 - ale Karlovitz spłoną w ogniu gorączki a ja upadłem na dno zapomnienia, przykryty kocykiem z wiśniówki. tylko Kamil, niczym antyczne heros spędził ten wieczór szukając ruchania na internecie. i nagle on dzwoni i głosem jak zaa grobu [bo jestem przy windzie i zasięg jest słaby] oznajmia że Jest i czy idziemy.)
wróć
albo to właśnie Kamil był powodem. pierwszą i najzdradliwszą przyczyną. kiedy po zmysłów utracie obudziłem się przepełniony lękiem zadzwoniłem właśnie do niego. przepraszałem za nieobecność, a on wkręcał że przyszedł do mnie i szarpał,przeklinał i budził. nic nie wskórał, spałem snem napierdolonego! i tak się przekomarzaliśmy w tym mroku nocy - dwa jasne światełka połączone nitką radiowego sygnału.
a może jednak pójdziesz z nami na tego sylwestra - Karlovitz też idzie.
Tak, z przyjemnością - powiedziałem.
rano wyparłem się wszystkiego - sam przed sobą; i znów zawisłem na cienkiej nitce niezdecydowania.
dodać należy dwie przyczyny niebezpośrednie, lecz mimo wszystko istotne. tchórzliwość i Michasikę.
gdybym ktokolwiek zapytał mnie jakim mitycznym stworzeniem jestem, odpowiedziałbym coś w stylu - chuj wie, król olcha albo jakiś inny mroczny ferii. dziś wiem że byłby to hobbit. stałem pod prysznicem zmywając z siebie zapach papierosów i piwnicy kaidy obiecywana chwila pierdolnięcia przez drag nadeszła w tak oczywisty i bezpretensjonalny sposób że bylem w ciężkim szoku. w jednej sekundzie z kolesia który ma mega zgagę i smutek w oczach, zamieniłem się w kogoś, kogo stopy staj się cudownym źródłem sympatycznych bodźców. wanna nigdy jeszcze nie była tak przyjemna w dotyku.
bomba pod prysznicem.
prócz wrażliwych stup, hobbity moją jeszcze jedna jazdę - nie lubią przygód. ja ich wprost nie znoszę. istoty podszyte tchórzem zawsze tak mają, dzięki temu jest ich tak wiele. Barcelona i Berlin to dwa przypadki kiedy samotnie, w przestrachu i z sercem na karku oddałem się przygodzie. ależ jak ja się oddałem! wynikło z tego tyle dobrych spraw...
wiec teraz myślę sobie (teraz znaczy wtedy) - a co mi tam, najwyżej dobrze się zabawie a i może coś fajnego się przydarzy.
Michasika natomiast jest jak gołąbek pokoju, trzepocze skrzydełkami, wszystko zje i cały czas świergocze. czasem masz ochotę przypierdolić, ale z drugiej strony jakim strasznym chujem trzeba być żeby jebnąć gołąbka pokoju? no jakim?
i on też miał już bilet na tego sylwestra, i razem byśmy pojechali i wrócili i to jakoś takie się wydaje zasadne i poukładane.
natomiast bezpośrednio to się jeszcze z mężem posprzeczałem i jakoś z tego wkurwu myśl o wyjściu się usankcjonowała.
nitka pęka, a ja spadam w decyzję na tak.

Komentuj (0)

04.01.2009 :: 22:00 | Link
sylwester.
wkładam sobie rękę do ust, głębiej, jeszcze trochę, skurcze są coraz szybsze - czuję się jak kot wypluwający kłaczka. tylko ja już nic nie wypluwam, płynie żołądkowy kwas. gardło piecze jak sam skurwysyn, oczy pełne łez, takich z wysiłku. co chwile spuszczam wodę żeby zagłuszyć - szczęśliwego nowego roku!
kurwa jak ja nie lubię tej knajpy.
Chemistry łyknęliśmy jeszcze przed wyjściem z domu, po jednej - we dwóch. Karlovitz nie idzie. trzecia zielona pigulencja wędruje do kieszeni, na później.
na przystanku strzela nas pierwszy chuj, tramwajów brak, być może coś będzie ale nie wiadomo kiedy. biegniemy na N, nie tylko my, na przystanku tłumek sylwestrowiczów, chłopaki i dziewczyny, baloniki i srebrne kapelusze. zimno, kurwa zimno i banda zjebów w pakiecie! hurra. ktoś czyta rozkłady jazy - autobusy tylko do 19:00, ja pierdole, powoli zamarzam i trące humor, jak ciepło. tramwaj mija nas powoli i majestatycznie, pusty. drugi chuj strzela nas delikatnie, od niechcenia a i tak mam łzy w oczach. tymczasem w żołądku powolutku rozpuszcza się plastik, mała bomba z trucizną - jak w ucieczce z Nowego Jorku.
w ortho kasują po 180 zyla, kurwa prawie płaczę dając im tą kasę. buty bym se kurwa kupił - dwie pary! jakaś debilna utarczka z kolesiem co kurki na wieszaki wiesza - zły omen wrzeszczy mój wewnętrzny peemista!! zły omen, wypierdalaj.
chodzimy po knajpie, najebane ryje, lub ryje zwyczajne - wszystko jakieś potworne i zdesperowane. baloniki i wstążeczki tylko podkreślają piwniczny charakter lokalu. jak balonik w celi śmierci - widzisz tylko metalowe kraty i szary koc. i ten zapach, wilgotny - jak na basenie lub studni. cegły, jak gąbki, wciągają wilgoć i złe emocje. tu jest tego tyle że pocą się smutkiem końca świata. pierwsze skojarzenie - Maryla Rodowicz - niech żyje bal - wesoło nie jest.
święta potargały mi dusze, zgniotły rozmowami o zagotowanym barszczu (zmienia kolor) i ościach w karpiu. czułem się jak w amerykańskim filmie; sterylne kadry, widać tylko ścianę i ręce przejmujące miski z jedzeniem. jest cicho - ktoś pochrząkuje, przeżuwa, stukają sztućce. kamera powoli odjeżdża, kilka osób przy stole i cisza. krótka wymiana uwag o kapuście. czarna dziura rodzinnej Wigilii.
Kamil powiedział mi potem - bawiłem się świetnie/ to kwestia nastawienia/baw się tym wszystkim/ całym tym koszmarem/
stoimy przy barze, zamawiamy pierwsze drinki - dopiero 22:50 a barmani już na fochu. hu hu chuj wam w dupę. sącząc wódkę z cola patrzymy na siebie jak trupy których rozbawiła własna śmierć. bo co kurwa mamy płakać?
wszystkie pierdolone ryje z przeszłości, starzy znajomi których nie dodasz na naszej klasie, wszystko to co dawno temu odpadło i zniknęło z mojego życia - wpierdoliło się na tą imprezę. (to mówi Kamil - pan kurwa - zaakceptuj to)
jakiś czas później przy tym samym barze:
nie uda nam się udawać że impreza nie jest chujowa.
ale
może nam się uda nastawić że nie jest Bardzo chujowa!
that's the spirit
piguła zaczyna działać. mam delikatne mdłości. idę tańczyć żeby to przeskoczyć; wpuścić setki małych chemików co mi zaczarują świat. i jest to co tak bardzo lubię, grzybowo się robi w stawach, miękko i sympatycznie. mdłości jak by ucichły, zaczyna się robić miło. i chuj że cała reszta jest fatalną, ruch jest. następuje klasyczny już błąd - wiara że może być tylko lepiej, że skoro jestem na dnie to teraz już tylko w górę. druga piguła wierci się w kieszeni.
a już nawet Crowley mnie ostrzegał - że jak nie masz pewności, to najpierw weź dawkę o połowę mniejszą od zalecanej
jak jest spoko, weź całą, jak nie działa, weź o połowę większa - pisał do mnie rekami Kormaka. a ja co?
biorę drugą mimo mdłości. i zaczyna się bal. rozmowy w kiblu tak durne że mój rzyg jest jak poezja, każdym zbolałym jękiem zagłuszam noworoczne dialogi - cześć znamy się z fellow, ale jesteś śliczny chłopak, co Krzysiu on śliczny jest. wpadnij kiedyś do nas, mieszkamy razem. z warszawy? to zajebiście! chłopaki wyglądają jak zjeby z whitesensation - tylko nie steryd a anorektyk i nie łysy tylko z irokezem - ale ciuchy te same!
rzygam w kiblu, damskim kiblu, na świeżym powietrzu - słowem rzygam tam gdzie mogę. a że cała zabawa trwa ponad godzinę, to mogłem sporo.
cdn...

Komentuj (4)

06.01.2009 :: 23:01 | Link


kilkakrotnie się poddawałem, wychodziłem. gdzieś w połowie drogi zanim doszedłem do szatni, decydowałem że jeszcze zostanę, tylko trochę wysiłku i będzie ok. wracałem na parkiet i tańczyłem. nawet jak muzyka była chujowa (kurwa dj joystic serwował naprawdę stare śmierdzące ryby, takie których głowy dawno się zepsuły) ruszałem rączkami i dreptałem w miejscu. wiedziałem że jedynym sposobem na zły trip to... zaakceptuj to.
i tak se akceptowałem do 4 w nocy. chwilę czekałem na Michasikę której posnęło się w kiblu. Panna zaranna wstała i na zdrętwiałych nóżkach ruszyła ze mną do wyjścia.
taxi, taxi - do domu, kurwa.
szybka dyskusja o nagrodach tej nocy - mój za zostanie w domu i picie do telewizora - Nagroda Główna, Karlovitz miejsce drugie - bo niby został w domu, ale jednak gorączka. no i my - jak te cwele, ostatni pod celą. chuja nie nagrody! my tylko wpierdol. jeszcze tylko hod/dog z kiełbasą na pobliskiej stacji paliw i w doma.
a w doma prysznic (bomba) i sen tak słodki że jak by było warto.
otchłań otworzyła się późnym popołudniem, po obiedzie. ściągnąwszy pożegnalną chmurkę na rynku powędrowałem do domu ulubionej koleżanki. słuchałem muzyki z walkmana i szedłem w białej zawierusze. oczy załzawione, w duszy zimny wiatr i ta muzyka co gra jak nigdy nie grała.
wchodzę do mieszkania, ciemno jakoś, posępnie - i tylko jedna lampka się pali, przy łóżku. i oni tam oboje, leżą i książki czytają, w milczeniu. przycupnąwszy na krawędzi wersalki zaczynam zabijać cisze. mówię. cisza silniejsza, choć ja napierdalam, jak grochem o ścianę. i potem łzy w jej oczach, takie czerwonawe i słone. wiec cały dyskurs o narkotykach, wojaczkach i dżemie dopada mnie jak w serialu. i matkę w niej własną widzę - bo smutek jak tylko u matki. Choronzon staje nade mną. mną się staje.
i razem sięgamy do kibla; rękę zanurzam po łokieć, w tej wodzie i rzygowinach szukając narkotyku. nie czuje obrzydzenia, nawet nie jest mi smutno, tylko rozczarowanie że to jej jednak groszek nie piguła. groszek zielony z puszki, co jadłem do obiadu.
i razem z Choronzonem wychodzę z ciemnego mieszkania, uśmiecham się płytko na wyjściu i wracam do domu w ciszy.
i wszystko to była nie prawda bo smutek był z innej przyczyny... ale był.
cylinder ma zajebisty talent, mazgai jest zajebista, a ja mam kompleksy.
wychodzę.
choć nic nie pamiętam.
Komentuj (4)

08.01.2009 :: 00:24 | Link
zazdroszczę kotom zwijania się w kłębek, na dekoderach telewizji cyfrowych.
ciepła z wentylatora, co rozgrzewa kocie serca i pozwala spać snem sprawiedliwych. przekrzywionych łepków i rozciągania się z wystawieniem pazura.
ja tylko kurwa marznę. w autobusie, w domu, przed telewizorem i na kanapie, w pracy i w sklepie - ciągle mi ta zima dmucha lód pod skórę.
nawet dwie pary skarpet chuja dają.
ruchać mi się chce, w dodatku.
nieszczęścia chodzą parami.
Komentuj (4)

11.01.2009 :: 23:50 | Link
czasem najlepsza ryba zrywa się za pierwszym razem, niech ci zaufa.

Komentuj (0)

15.01.2009 :: 23:20 | Link
Sprzedam: łzy w małej buteleczce, idealne na imprezę (zamiast poppersa)
kopie i nie parzy nosa!
Komentuj (2)

22.01.2009 :: 23:35 | Link

Komentuj (0)

26.01.2009 :: 22:47 | Link

Komentuj (1)

30.01.2009 :: 22:55 | Link
słucham sobie Bon Iver, słucham a Zima faktycznie wydaje się lepsza. świeczka zapachowa z IKEA pali się w krysztale, rżniętym takim, jest ciemno i miło.
w domu. i ciepło.
chłopaki milczą jak zaklęci, pewnie palą i pija za moje zdrowie, a może tylko palą i piją. o mnie zapomnieli. tak to już czasem jest w piątek wieczorem że ludzie zapominają i odzywają się w niedziele, co robiłem i dlaczego się nie odezwałem, że oni myśleli że ja jestem gdzieś indziej z kimś innym.
ostatnio to nawet tak bym chciał, zapomnieć o wszystkich i z czystym kontem patrzeć jak za pierwszym razem. tylko bym się tajemniczo uśmiechał maskując zmieszanie. i szedłbym ulicą nie poznając nikogo,nikomu nie mówiłbym cześć. i wszyscy byli by jak budynki czy drzewa, bez znaczenia.
***
w dalszej części miałem kpić z fashion planet (znany wszystkim bywalcom kultowego portalu społecznościowego fellow...) ale jakoś sentymentalnie się zrobiło.
innym razem.
***
22:51na osłodę dostaję sms'a:
Dojechałem do wody.kurwa takiej kaplicy dawno tu nie było...aaa...krzyczę!

dziękuję Karlovitz.
Komentuj (2)

31.01.2009 :: 22:09 | Link
oglądam Więcej Czadu, znów mam ochotę założyć nielegalną stacje radiową.
zasysa mnie do ogólniaka.
Komentuj (0)


RSS

batman
point88
senshu
mediumblog


2010
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień